Jak dziwnie mogą..
zmienić się ludzie.
Tłumaczyłam sobie od dłuższego czasu, że to moja wina, że jest trudno, bo to "miłość" coś trudniejszego niż etap zakochania.
Przecież kochałam, byłam kochana! Byłam szczęśliwa i to, że on zamykał mnie w sobie mogłam mu wybaczyć.. Nie wiedziałam co się dzieje.
Naszą ciszę tłumaczyłam sobie codziennością. Więc przestałam mówić ze złości i braku siły.
I okazało się, że jesteśmy sobie całkiem obcy. Nie mamy sobie nic do powiedzienia.
Ja i T. razem, a jednak obok siebie.
Popękały nam serca.
On żył mną, a ja miałam wyrzuty sumienia , że nie mogę pokochać go tak jak on kocha mnie. Więc pozwoliłam się za dusić. Niestety, nie wytrzymałam.
I on.. przyznał mi rację. Że w jego oczach nie było miłości do mnie, tylko ja, która miała być cała jego.
Teraz potrzeba nam czasu. Boję się teraz na niego spojrzeć. Boję się, gdy chce mnie dotknąć. Kocham go, a jednak coś mnie odpycha. Od skrajności w skrajność.
No i stałam się dość wylewna z poczucia, że nikt inny by mnie nie zrozumiał.. jak tylko ja sama.
2006-01-31 10:56:18